40 SDT – wykład inauguracyjny


„ …Dzisiaj potrzebujemy właśnie takich organizacji. Potencjał młodzieży trzeba wykorzystać, ale do tego potrzeba wsparcia, wsparcia państwa, stowarzyszeń, wreszcie – nauczycieli i mistrzów. Żeby młodzi byli obywatelami, potrzebują wsparcia starszych, którzy obywatelami są. Młodzi, którzy zapomnieli, że mogą być rewolucjonistami, potrzebują rewolucjonistów z siwym włosem na głowie, którzy nigdy o rewolucji nie zapomnieli…”

Fragment wykładu dr. Michała Łuczewskiego, socjologa i psychologa, członka Rady Programowej Polskiego Forum Obywatelskieg

Szczecin 17.01.09

90-lecie Stowarzyszenia Elektryków Polskich

40 Szczecińskie Dni Techniki


Młodzi obywatele

Rozpocznę  od dygresji. Polska kultura, zresztą nie tylko polska, jest głęboko podzielona na nurt romantyczny i pozytywistyczny albo – inaczej mówiąc – na sztukę i naukę. To było bardzo dobrze widoczne w przemówieniach, które właśnie wysłuchaliśmy. Tym bardziej jestem wdzięczny za zaproszenie mnie, przedstawiciela nauk społecznych, na tak ważną dla inżynierów uroczystość. Jest to oznaka tego, że być może te podziały w łonie polskiej kultury będą stopniowo zanikać. Nie jesteśmy jednak pierwszymi, którzy te podziały chcą przekraczać. Kiedy w roku 1830 Maurycy Mochnacki, wybitny polski publicysta, a wkrótce także i uczestnik powstania listopadowego, opublikował swoje fundamentalne dzieło „O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym” (tylko do drugiej wojny światowej miało ono siedem wydań), tytułowa „literatura” oznaczała zarówno sztukę, jak i naukę. „Sztuka i umiejętność – pisał – są to dwa najpiękniejsze pierwiastki dzisiejszej europejskiej cywilizacji”.1 Uważał on, że charakter narodu nie ukazuje się jedynie w tzw. literaturze pięknej, lecz także w „naukach przyrodzonych”, tj. tych, które dotyczą natury, w tym także – to dla nas ważne – elektryczności i magnetyzmu. Co więcej, literatura nie tylko pozwala nam poznawać istotę narodu, lecz także tę istotę tworzy. Jeśli chcemy zatem zobaczyć, kim są Polacy, musimy przyglądać się ich sztuce i nauce. Bo one nasz naród budują.

Mochnacki zauważał  jednak pewne niebezpieczne tendencje. Po pierwsze, polskie „nauki przyrodzone”, w porównaniu z naukami zachodnimi, nie są prawdziwie twórcze i raczej przyjmują rozwiązania innych niż tworzą własne. W tym sensie nie stanowią świadectwa twórczości polskiego narodu, lecz jego skłonności do imitacji. Po drugie, między nauką i sztuką zaczyna pojawiać się niebezpieczny rozdźwięk. Albowiem twórcy kultury nie interesują się naturą, a ci, którzy uprawiają „nauki przyrodzone”, nie mają ambicji wpływania na kulturę, co w konsekwencji prowadzi do tego, że ich dzieła nie docierają do szerszej publiczności i nie kształtują duchowego oblicza narodu. Tym samym polski naród nie posiada jednej literatury, lecz wiele literatur, które nie łączą się w żadnym wspólnym nurcie. Przez ostatnie dwieście lat sytuacja nie zmieniła się wiele. Wciąż stoją przed nami te same wyzwania. Z jednej strony, może być to deprymujące, ale z drugiej – mamy świadomość, że nie my pierwsi dostrzegamy pękniecie naszej kultury i nie my pierwsi próbujemy sobie z nim poradzić.

Chciałbym teraz przejść do właściwej części mojego wystąpienia. Otóż stawiam sobie dwa cele. Po pierwsze, chcę Państwu przedstawić ideę Polskiego Forum Obywatelskiego (PFO), zainicjowanego przez dr. Jana Szomburga, które organizuje Kongres Obywatelski, największe spotkanie obywateli, tzn. ludzi, którzy chcą być obywatelami, od Lecha Wałęsy po Zdzisława Krasnodębskiego, od prezydentów i profesorów po tegorocznych maturzystów, krótko mówiąc, od elektryków po socjologów. To współczesny odpowiednik sejmiku szlacheckiego albo konfederacji, gdzie wszyscy, niezależnie od tego, kim są i skąd pochodzą, spotykają się jako równi sobie. Po drugie, chcę pokazać, m.in. na podstawie badań, które przedstawiłem na ostatnim Kongresie Obywatelskim, „portret młodego pokolenia”.2 Bo uznajemy młodych za równoprawnych partnerów w dialogu dotyczącym Polski. Chcę zatem mówić o młodości i obywatelskości – o młodych obywatelach.

Dwa doświadczenia

Powiedziałem, że przedstawię ideę Polskiego Forum Obywatelskiego i Kongresu Obywatelskiego. Ale idea jest pusta, jeśli nie jest poparta doświadczeniem. Idea, nawet najbardziej szczytna, pozostanie tylko słowem, jeśli nie stoją za nią ludzie, którzy traktują ją poważnie. Za tym, co mówimy, musi stać doświadczenie. Bo inaczej nie wiemy, o czym mówimy i jaki ciężar mają nasze słowa.

Jakie więc doświadczenie stoi za PFO?

Po pierwsze, jest do doświadczenie tego, że Polska jest niedoskonała, że my, Polacy, jesteśmy niedoskonali. Że materia stawia nam opór, że często ogarnia nas marazm, że tracimy ducha, że państwo nie zawsze jest nam przyjazne i że my sami nie zawsze jesteśmy przyjaźni.

Ale po drugie nasze doświadczenie jest takie, że Polska to wszystko, co posiadamy. Że nie możemy stać się kimś innym niż Polakami. Nikt inny nie rozwiąże polskich problemów. Żaden zaimportowany projekt nic nam nie pomoże, jeśli nie będzie zgodny z naszym charakterem, jeśli więc w gruncie rzeczy nie będzie to nasz projekt. Nawet jeśli tracimy ducha, to jest to nasz duch, polski duch, że nieprzyjazne nam państwo jest naszym państwem, że inni Polacy są naszymi współobywatelami.

Z tych dwóch doświadczeń – doświadczenia niedoskonałości i doświadczenia wspólnoty – wypływa główna idea Kongresu Obywatelskiego: Jeśli mamy naprawić Rzeczpospolitą, to musimy robić to wspólnie. Razem.  Oznacza to, że zawsze musimy rozpoczynać od miejsca, w którym jesteśmy – od naszych miast, Szczecina, Poznania, Warszawy, od naszych uczelni, stowarzyszeń, wreszcie – od samych siebie.

Polska tożsamość

Co to jednak znaczy rozpoczynać od samych siebie? Oznacza to, że musimy najpierw wiedzieć, kim jesteśmy, jaka jest nasza tożsamość. Za Maurycym Mochnackim, możemy powiedzieć, że chcemy „uznać się w swoim jestestwie”. Jeśli poznamy swoją istotę, jednocześnie ją stworzymy. Naród, który nie wie, czym jest, nie istnieje.

Kłopot jest taki, że nie wystarczy nas spytać, kim jesteśmy. Taka odpowiedź  nie może nam wystarczyć, bo sami z siebie nie wiemy kim jesteśmy. Nasza tożsamość jest zawsze bogatsza niż to, co możemy powiedzieć  o sobie, niż to, co możemy sobie uświadomić. W tym sensie jesteśmy zawsze kimś więcej, niż nam się wydaje.

Co zrobić,  żeby poznać siebie? Jak zbudować swój własny portret? Musimy rozpocząć od spojrzenia na siebie w perspektywie historycznej. Każde bowiem pokolenie jest określane przez pokolenie starsze. A pokolenie starsze określa się przez pokolenie ich ojców – i tak dalej poprzez sztafetę pokoleń do samych początków. Nie ma tu znaczenia, czy zgadzamy się z pokoleniami poprzednimi, czy nie; czy istnieje walka pokoleń, czy nie. Nawet jeśli bowiem nie zgadzamy się z naszymi poprzednikami, nawet jeśli z nim walczymy, to i tak oni na nas wpływają – przez sam konflikt i niezgodę z nimi. Jesteśmy określani przez naszą przeszłość, nawet jeśli ją odrzucamy.3

Z tego względu Polskie Forum Obywatelskie zaprosiło do współpracy najwybitniejszych polskich specjalistów, żeby odnajdowali ślady przeszłości w teraźniejszości i odpowiedzieli na pytanie, w jaki sposób wpłynęło na nas doświadczenie I Rzeczpospolitej, doświadczenie republikanizmu i folwarku, doświadczenie niewoli i doświadczenie religijności oraz Kościoła katolickiego, doświadczenie II Rzeczpospolitej i wojny, komunizmu i antykomunizmu, solidarności i transformacji ustrojowej. Niezależnie jaki jest nasz stosunek wobec naszego dziedzictwa, to ono stało się częścią nas samych.4

Tak jak określa nas przeszłość, tak też określa nas teraźniejszość. Określają  nas nasze korzenie, ale też ci, którzy są obok nas. Dopiero w kontakcie z innymi możemy odkryć, kim jesteśmy. Nie wiemy, jakimi jesteśmy humanistami, dopóki nie spotkamy się z inżynierem. Inżynier nie wie, jakim jest inżynierem, dopóki nie zirytuje go humanista albo póki z humanistą się nie zgodzi. Elektryk nie wie, jakim jest elektrykiem, dopóki nie porówna się z innymi inżynierami i nie stwierdzi, że wydział elektryczny jest zdecydowanie najbardziej elitarny, a na pewno już – najtrudniejszy. Nie wiemy, jakimi jesteśmy Polakami, póki nie spotkamy się z innymi narodami. Bez Niemców, Rosjan, Żydów, Litwinów, Ukraińców, Czechów bylibyśmy przecież innymi Polakami. Dopiero w kontaktach z tym, co inne, ukazuje się nasza tożsamość.

I jeszcze jeden ważny aspekt. Nie to, co o sobie mówimy, lecz nasze automatyczne reakcje, nasze odruchy, uczucia pokazują, kim naprawdę jesteśmy. Słowa mogą nas oszukiwać, ale emocje zawsze pokazują prawdę – to, co jest dla nas ważne, dobre i złe. Choćbyśmy byli zadeklarowanymi relatywistami i twierdzili, że nie ma uniwersalnych standardów dobra i zła, tego, co ważne, i tego, co nieważne, to w naszym własnym życiu doskonale wiemy, co jest dobre i złe, ważne i nieważne.

Kongres Obywatelski

Krótko mówiąc, poznajemy się zawsze w kontakcie z innym, a ważniejsze niż  słowa są nasze bezpośrednie reakcje. Kongres Obywatelski został  zorganizowany właśnie z tych względów. Do każdego Kongresu przygotowujemy się, organizując mniejsze spotkania ludzi nauki, sztuki i biznesu w ramach Projektu Cywilizacyjnego dla Polski (PCP). W tych spotkaniach uczestniczą ludzie, którzy nigdy nie mieliby szansy się ze sobą spotkać. I dlatego nie dowiedzieliby się, kim naprawdę są. Ale kiedy już się spotkają – otwiera się wielkie pole dla współdziałania. Najciekawsze jest to, że nigdy nie wiadomo, co się z takiego spotkania zrodzi. Inaczej niż w telewizji, gdzie zaprasza się ludzi, o których z góry wiemy, co powiedzą i gdzie jesteśmy pewni, że nic z ich dialogu nie wyjdzie, my zapraszamy ludzi, którzy mają nowe idee i którzy mogą stworzyć jakąś nową, nieprzewidywalną jakość. To bez wątpienia najciekawsze spotkania, w jakich zdarzyło mi się brać udział. Z takich spotkań bierze się wzajemne zaufanie, a z wzajemnego zaufania – powstają wspólne publikacje, nowe pisma naukowe, nowe projekty reform.

Kongres Obywatelski ma być zwielokrotnieniem tego typu unikalnego doświadczenia. Od czterech lat bierze w nim udział rokrocznie ok. 1000 osób z całej Polski. Spotykają się tam przedstawiciele stowarzyszeń i fundacji, sektora publicznego i prywatnego, sztuki, nauki, biznesu, humaniści i inżynierowie, szczecinianie, gdańszczanie, poznaniacy i warszawiacy, mieszkańcy wsi i metropolii, przedstawiciele nauk społecznych i specjaliści od telekomunikacji, aż wreszcie – dziennikarze i politycy. Lecz rola tych ostatnich jest inna niż zwykle. Tutaj zamiast mówić i nie słuchać, mają nie mówić i słuchać.

Organizując tak wielkie przedsięwzięcie, widzimy niejako Polskę w pigułce, ale jednocześnie staramy się ją zmieniać. Przypomnijmy Mochnackiego: Poznanie jest jednocześnie drogą do stworzenia samych siebie jako wspólnoty.

I tak, widzimy, że jesteśmy indywidualistami, że trudno nam powracać do doświadczenia „Solidarności”, że pomimo naszego indywidualizmu lubimy hierarchie, specjalizacje, swoje wąskie grono. Kapitał społeczny Polaków  – zaufanie do innych, zaufanie do instytucji państwowych, więzy sąsiedzkie, społeczeństwo obywatelskie, liczba stowarzyszeń pozarządowych, współpraca między sektorem publicznym i prywatnym – pozostaje na niskim poziomie. Naszym głównym kapitałem pozostaje wciąż kapitał, stworzony za czasów PRL-u. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na naszą klasę polityczną, która swoje doświadczenia zdobywała przed 1989 rokiem. W dwie dekady w Polsce zmieniło się wszystko, a nie udało nam się stworzyć elit. Dlaczego? Bo nie nastąpiło podobne wydarzenie do „Solidarności”, które by pozwoliło, choć na chwilę, zburzyć mury między nami.

Metodą  na przezwyciężenie naszego zamknięcia jest to, że Kongres Obywatelski rozpoczynamy od przyklejenia sobie takich samych plakietek z naszym logo, które mają pokazywać to, że na Kongresie jesteśmy wspólnotą. Ale to jest oczywiście tylko pewien symbol. Ważniejsze są debaty, jakie toczymy w ramach paneli. Podczas nich widzimy, jak doświadczenie podziału i indywidualizmu przeradza się – a przynajmniej powinno się przeradzać – w doświadczenie bogactwa i zróżnicowania. To doświadczenie nie jest jednak celem samym w sobie. Nasza debata ma służyć dobru wspólnemu.

Młode pokolenie

W naszej debacie nie może zabraknąć głosu młodego pokolenia. Bo młode pokolenie jest dla Polski niezwykle ważne.

Po pierwsze, jesteśmy najmłodszym społeczeństwem w całej Unii Europejskiej, ale nasze elity – jak już zauważyłem – nie zmieniły się od 20 lat. Co więcej, wydaje się, że elity zamiast wykorzystać olbrzymi potencjał młodych, traktują ich instrumentalnie – jako elektorat, który zapewni reelekcję, a nie jako siłę, która może zmienić Polskę.5

Po drugie, jeszcze nigdy w historii świata młodzi – bo trzeba na to tak patrzeć – nie dokonali tak olbrzymiego skoku edukacyjnego. Jednocześnie właśnie młodość jest czasem, kiedy dokonujemy największych odkryć. Dojrzałość często opracowuje myśli stworzone wcześniej. Tu wystarczy wspomnieć wielkiego Voltę czy Ampera. Ale jednocześnie ci sami młodzi, wśród których potencjalnie znajdują się twórcy i wynalazcy, stanowią trzon fali polskiej emigracji po 2004 roku. Polska emigracja ma bowiem coraz bardziej twarz młodego człowieka. O ile w 1997 roku odsetek emigrujących pomiędzy 18 a 34 rokiem życia wynosił niemal 50%, o tyle pod koniec 2006 – już o 20 punktów procentowych więcej.6 Wygląda to tak, że Polska edukuje młodych dla innych państw. Co więcej, ze względu na niską jakość naszych uczelni młodzi coraz częściej zaczynają się uczyć na Zachodzie.

Po trzecie, młodzież dokonała również olbrzymiego awansu cywilizacyjnego, ale spośród 29 przebadanych państw europejskich w 2006 roku jej jakość życia okazała się tak niska (tzw. Child Wellbeing Index), że Polska znalazła się niemal na samym końcu rankingu.7

Po czwarte, polskie młode pokolenie, zwłaszcza w porównaniu z innymi krajami, jest bardzo religijne, pod tym względem bliższe Egiptowi niż USA czy Niemcom1, jest także patriotyczne,2 ale mimo to nie angażuje się ono w życie publiczne. Nie potrafi nawet stworzyć własnej kultury.3

Wycofanie się  młodzieży z areny publicznej jest zaskakujące. Jak widzieliśmy, jej potencjał – ilościowy i jakościowy – jest olbrzymi, ale nie przekłada się on na polityczny i społeczny wpływ. Jest to tym bardziej zaskakujące, że od momentu, gdy młodzi weszli na scenę dziejową, tj. od czasów romantyzmu, od czasów Maurycego Mochnackiego, zawsze angażowali się w zmianę swojego kraju.

Romantycy odkryli młodość jako siłę, która jest w stanie „ruszyć bryłę z posad świata”. Młodzi pisali płomienne wiersze, konspirowali, organizowali powstania. Do 1918 roku jednym z najważniejszych sposobów artykułowania ich aspiracji były manifesty. Po romantykach każde wchodzące pokolenie – pozytywiści (Aleksander Świętochowski) czy moderniści (Stanisław Brzozowski) – pisało manifesty. Uderzając we wzniosłe tony, żądając od „starych” „szczerości bezwzględnej, głębokiego życia duchowego” (Stanisław Brzozowski), starało się odcisnąć na obliczu Polski.4

Prawdziwy wpływ młodzi uzyskali wreszcie w II RP, tworząc wielotysięczne ruchy społeczne. Ruch narodowy, ruch ludowy i katolicki skupiały w swoich szeregach niemal 1.000.000 członków. Po interludium związanym z II wojną światową kres przyniósł samoorganizacji społecznej przyniósł PRL, który albo ruchy młodych represjonował, albo uzależniał. Młodzi, którzy chcieli osiągać jakąś pozycję w systemie społecznym, musieli mówić jego językiem. Nawet tak spontaniczny ruch, jak Polski Październik, musiał się wyrażać w języku oficjalnej, marksistowskiej, ideologii. Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z rozwojem ruchu opozycyjnego od roku 1968, w którym poczesne miejsce zajęli młodzi, przede wszystkim studenci. Kolejne antykomunistyczne zrywy i antysystemowe demonstracje, w tym „Solidarność”, były ich dziełem.

Wraz z upadkiem komunizmu młodzież z antysystemowej stała się siłą prosystemową. Zamiast zwalczać system, mogła zacząć go budować, a przede wszystkim – korzystać z niego. Bez reszty wchłonął ją gospodarka. Paradoks polegał jednak na tym, że wtedy właśnie młodzież zamiast strategii zbiorowych zaczęła stosować strategie indywidualne. Nie Razem, ale Ja. Ludzie młodzi osiągali sukces w pojedynkę, ale nie jako całość. Wspinając się na szczyt samotnie, zapominali o innych ze swego pokolenia, którym tak dobrze nie szło.5

Pierwszy kryzys, pod koniec XX wieku, zachwiał optymizmem młodych. Okazało się, że sukces nie może trwać wiecznie, co więcej – sukces może nigdy nie nadejść. Co ciekawe jednak, kryzysowi – inaczej niż choćby w Dwudziestoleciu – nie towarzyszyła samoorganizacja młodych. Stali się bierni. Jak pokazały badania empiryczne, im młodzież jest bardziej ekonomicznie upośledzona, tym mniej jest chętna angażować się w działania zbiorowe. Na początku XXI wieku młodzi zaczęli więc zamykać się w swoich rodzinach. Choć po wejście do EU znów otworzyły się możliwości awansu, to po raz kolejny był to awans w pojedynkę, co więcej – często nie był to już awans w Polsce, lecz na emigracji.

Pod względem samoorganizacji młodzieży ostatnia dekada została zatem zmarnowana. Została zmarnowana również dlatego, że nie znalazły się  organizacje, które mogłyby potencjał młodych pobudzić i skanalizować. Takiej roli nie mogły odegrać partie polityczne, które cieszyły się coraz mniejszym poparciem młodych, same bowiem młodzieżówki stały się organizacjami klientelistycznymi. Zabrakło organizacji, skierowanych do młodych, które pokazywałyby, że (a) źródłem kryzysu jest państwo i jego instytucje, jak np. uniwersytet, że (b) na państwo i jego instytucje można wpływać, i że (c) powinni to czynić właśnie młodzi. Krótko mówiąc, zabrakło organizacji, które wśród młodych promowałyby zasadę „trzech W” na wielką skalę: współdecydowania, współdziałania i współodpowiedzialności za Polskę.6

Dzisiaj potrzebujemy właśnie takich organizacji. Potencjał młodzieży trzeba wykorzystać, ale do tego potrzeba wsparcia, wsparcia państwa, stowarzyszeń, wreszcie – nauczycieli i mistrzów. Żeby młodzi byli obywatelami, potrzebują wsparcia starszych, którzy obywatelami są. Młodzi, którzy zapomnieli, że mogą być rewolucjonistami, potrzebują rewolucjonistów z siwym włosem na głowie, którzy nigdy o rewolucji nie zapomnieli.

Michał  Łuczewski, socjolog i psycholog, członek Rady Programowej Polskiego Forum



Wpisy (RSS)